Piaseczno, Mazovia MTB 21.09.2008
22/09/2008Dystans: 50 km
Czas: 02:24:55
347 miejsce na 602 w Open
117 miejsce na 201 w M3
Deszczowo, błotniście i chłodno. Na maraton do Piaseczna jechałem licząc na to że pogoda w tym dniu mimo nienajlepszych prognoz będzie lepsza. Ale już w drodze do Piaseczna padało. Po drodze zatrzymałem się około 7:00 na kawe i poczułem że jest wręcz zimno, to chyba przez dużą wilgotność powietrza.
Nawigacja poprowadziła mnie przez Warszawę, przez to na planowaną godzinę 8 zajechałem dopiero przed 9. Start i meta w dwóch różnych miejscach. Nigdy tego nie zrozumiem. Szybko udałem się do biura, wpłaciłem pieniądze i szybko udałem się do samochodu żeby się przebrać. Mimo dylematów zdecydowałem się na bluze z długim rękawem i na to cienką półprzewiewną kurtke. I chyba dobrze zrobiłem. Rękawiczki z krótkimi palcami, czapka na głowe i jazda na start. O 10:40 stałem już w sektorze, czyli troche późno, ale wolałem w tą pogode troche dłużej się rozgrzać. Start przy akompaniamencie pana z bębnem i trąbką zapoczątkował taplanie się w kałóżach i błocie. Troche bałem się o napęd ale moje obawy były niepotrzebne. Chamulce z systemem Nokona i przerzutki działały do samego końca bez zarzutu. Kiedy trzeba było chamowałem a kiedy trzeba było zmienić biegi zmieniałem. Trochę pod koniec gripy zaczęły się ciężej obracać ale dawały rade. Taniocha te Sram MRX ale jakoś narazie daje rade, nawet w błocie. Nowy amorek działał bez zarzutu. Ładnie wybierał nierówności. Co zaczęło mnie martwić to bębenek zaczął wydawać z siebie nieprzyjemne dźwięki i pewnie pójdzie do wymiany. Trasa łatwa i szybka i gdyby nie to błoto i deszcz było by nudno. Walka ze ślizgającymi sie oponami i kałużami w których na dnie nie wiadomo czego się można spodziewać trwała w moim przypadku ponad dwie godziny. Po około 30 kilometrach peleton mocno się porwał i można było spokojnie jechać wybierając dowolny tor jazdy bez obawy na to że zajedziemy komuś drogę. Jak zwykle do około 35 km jechało mi się dobrze, później było już tylko gorzej. Powoli czułem że opadam z sił. Brak wyjeżdżonych kilometrów w tym roku daje się we znaki przez cały sezon. Trzeba jednak solidnie przepracować zimę. W połowie trasy zaczął padać rzęsisty deszcz. Troche zmył z nas błoto którym byliśmy oblepieni. Ciekawym miejscem był przejazd przez strumyk przy owacjach kibiców oraz przejście przez jakąś śluzę. Głębokie, płytkie, duże i małe kałuże, było do wyboru, co kto lubi:) Kocie łby, odcinki asfaltowe. Błoto lepkie, śliskie, grząskie i odziwo były miejsca suche. Ostatnie 10 km było dla mnie już tylko modlitwą o najszybszy koniec. Było mi zimno, mokre miałem już dosłownie wszystko. Czułem że przemokłem cały. Do tego jadąc na otwartej przestrzeni przewiewało te mokre ciuchy potęgując odczucie zimna. Na metę wjechałem w towarzystwie jeszcze dwóch zawodników ale mimo walki mete przekroczyłem jako ostatni z tej trójki. 02:24:55 tyle czasu zajęło mi pokonanie 50 km. Za metą popełniłem błąd: zamiast udać się do samochodu, zrzucić mokre ciuchy i się rozgrzać, stanąłem w deszczu w kolejce do myjki by umyć rower. Niepotrzebnie dodatkowo przemarzłem. Zdrowie najważniejsze, a rower może poczekać. No ale na błędach człowiek się uczy. Podsumowując, to maraton był udany, podobało mi się. Dzięki błotku i deszczu trasa nie była nudna. Wynik nie powala na kolana ale w tym rou już raczej lepiej nie będzie.





