Skoda Maraton MTB Gniezno, 31.05.2009
01/06/2009
dystans: 50 km
prędkość średnia: 22 km/h
czas zawodnika: 02:16:29
miejsce w open: 31/87
miejsce w kat.: 12/25
Kilka dni przed samym maratonem sporo padało i już w sobotę było pewne że będzie błoto i nie będzie łatwo. Przez ostatnie kilka dni miałem problemy żołądkowo trawienne, byłem tylko kilka razy na rowerze i to raczej na krótko zważywszy na pogodę i samopoczucie. Do Gniezna wybraliśmy się w piątkę czyli Robert, Karol, Tomek, Piotr i ja. Pogoda przed startem dopisała, było słonecznie ale duszno. Nie lubie takiej pogody, nie ma czym oddychać przy takiej wilgotności powietrza. Dodatkowo ból głowy od rana i uczucie jakby mi ktoś głowe napompował pompką do Rock Shoxa:D
Na samym starcie stanęliśmy przy końcu grupki co później zaowocowało długim wyprzedzaniem innych startujących. Pierwsze kilometry było troche ciasno, szybko wjechaliśmy w dosyć wąskie ścieżki. Gdzieś za kimś się zatrzymałem bo się przykorkowało, i chłopaki mi odjechali. Mignął mi się tylko Robert który zatrzymał się i mówił coś o łańcuchu. Myślałem że mu spadł i zaraz będzie nas gonił ale jak się potem okazało było gorzej. Karol i Tomek szybko mi odjechali. Minąłem tylko Piotra i zacząłem ich gonić. Łatwo nie było bo trasa pofałdowana, sporo ludzi, okrzyki niektórych “Uwaga………błoto” napawały śmiechem, no ale cóż nie wszyscy jeżdżą kilkanaście razy w roku na maratony.
Złapała mnie kolka, ciężko się oddychało w tym skwarze oraz pobolewała mnie głowa. Było nie za ciekawie. Po kilkunastu kilometrach dojechałem do Karola. Chwilę jechaliśmy razem i zacząłem gonić Tomka. Dodatkowo widząc w oddali Tomka coś sobie ubzdurałem że jedzie on razem z Robertem. Dałbym sobie łeb uciąć że zdawało mi się że gdzieś zaraz za startem mnie wyprzedził.
Cisne, cisne i dojeżdam do Tomka. Jedziemy chwile razem, wyprzedzam go, skręcam w lewo pod górkę zrzucam łańcuch na młynek i stoje. Oględziny, wkurwienie, rzucam mięchem i z trudem wyciągam zakleszczony łańcuch spomiędzy zębatki a ramy. Przejeżda wcześniej wyprzedzony Karol i pyta czy zerwany czy spadł. Reszte podjazdu pokonuje z laczka. Znowu gonie Karola i Tomka i wirtualnego Roberta. Dochodze do Karola, później do Tomka i naginam dalej. Jeszcze z raz spada mi łańcuch, raz o mało co nie wpadam do jeziora. Kilka razy niewiele zabrakło żebym zabłądził, zresztą nie tylko ja. Impreza troche kulała z oznakowaniem. Jade i cały czas wyglądam z przodu Roberta. W pewnym momencie przedemną jak i zamną nie ma nikogo. Nie lubie tak jechać. Wkońcu dochodze grupkę ludzi ale kilka km przed metą mi odjeżdają.
Całą trasę naprzemian ból głowy, kolka, przerzutka i tak wkółko. Coś strasznego.
Trasa mało wymagająca technicznie i kondycyjnie. Jeden czy dwa zjazdy na których trzeba było uważać.
Meta na rynku w otoczeniu kibiców. Pisk czipa i szukam Roberta bo przecież musiał być przedemną. Po kilku minutach przyjeżda Karol potem dopiero Robert a za nim Piotr. Tomek zaginał się na GIGA więc na niego chwile czekaliśmy.
Robert jak się okazało zerwał łańcuch zaraz na pierwszych kilometrach. Pecha miał strasznego. Jedno jest pewne że gdyby nie zerwał tego łańcucha to ciężko było by mi sie mu zerwać z koła.
Wynik jak wynik. Gdyby nie kolka, ogólnie fatalne samopoczucie i ta cholerna przerzutka to pewnie było by lepiej. Jest jakiś progres w formie i to jest najważniejsze. Pozostał niesmak bo miałem ochote na pierwszą dwudziestke w OPEN. Może za rok będzie lepiej.
Dzisiaj wymiana przerzutki na nową.





