04.06.2011, Zawoja, Bikemaraton
32 M3, 85 Open
sławek | 05/06/2011
Do Zawoji jade dzień wcześniej. Ponad 400 km w jedną strone. Jest przed sezonem więc śpie i jem za grosze
Na kolacje dostaje tyle że nie daje rady tego zjeść
Wieczorem błyskawice i przechodzi niezła ulewa :O Chyba nie będzie lekko następnego dnia na trasie. Rano lekkie śniadanko, pakowanie do samochodu i jade na start. Pierwszy mój start w takich górach, mam lekkiego pietra. Jade na rozgrzewke. Jest cieplutko w lesie chłodno i wilgotno. Czuje sie dobrze. Ustawiam sie niestety w drugim sektorze po pechowym Wieluniu ![]()
Standardowo kilkanaście minut opalania i start. Lekko pod góre, potem kawałek płaskim i znów pod góre wąskim asfaltem. jest tłok, ale to nic w porównaniu z tym co ma nastąpić kawałek wyżej po zjechaniu z tego asfaltu. Kamienie, błoto, tłok, można sobie wyobrazić co sie dzieje. Pre na przód. Podjazdy równo i mocno. Troche sie przerzedza pod koniec pierwszego podjazdu. Zjazd i znów pod góre. Następny zjazd już po kamieniach i lekkim błotku powoduje że zaczyna sie robić tłoczno momentami. Zaczyna sie kolejny podjazd, bardziej konkretny. Pamiętam z profilu że nie jest zbyt długi i ten cięższy jest w okolicach 25 km. Krótki zjazd, podjazd i jedziemy znów w dół. Wpadamy na asfalt, wiem że jeśli jest w dół to zaraz zacznie sie znów w góre więc postanawiam zaatakować i skoczyć do nstępnej grupy. Zakręt w lewo i leże. Nie zmieściłem sie i przednie koło uciekło mi na pobocze. Wstaje, oglądam rower. Wszystko trzyma sie kupy więc jade dalej. Dochodzi mnie grupka której chcialem uciec. Znów jedziemy razem. Łokieć i kolano krwawi. Ale zauważam to dopiero po chwili. Da sie jechać więc jade. Wjeżdamy razem w grupce, podjazd sztywny, długi. Czuć w nogach. Patrze na licznik i widze że konkret za chwile sie zacznie. Zjazd w błocie po osie i zaczynamy wspinaczke na 1111 m npm. Towarzystwo mocno przerzedzone, każdy jedzie swoje, tu dopiero wychodzi cała prawda o nas. Tu nikt o posturze king konga cie nie wyprzedza jak na Mazowszu czy w Wielkopolsce. Jade patrząc co chwile w góre i mając nadzieje że to szczyt, ale jest kolejny skręt w lewo lub w prawo i znów pod góre. Boli łokieć. Zaczyna puchnąć. Dopóki jest pod góre jest OK. Mała chopka w dół i znów kawałek pod góre i jest ! Szczyt, Jałowiec. Satysfakcja ogromna, zapominam o bólu.
Zaczynamy zjazd. Naczytałem sie aby nie jechać w koleinie, trzymać sie środka. Teraz w zasadzie gnamy do samej mety ciągle w dół. To co niektórzy robią na tych kamieniach to już szczyt ekwilibrystyki. Ja hamuje, a nie jade jakoś wolno i słysze za sobą LEWAAAA, KURWAAAA!! i gość przelatuje obok mnie jak pocisk. Teraz na zjeździe dopiero czuje ból łokcia. Na każdej dziurze czuje opuchlizne. Wpadamy na asfalt. Trójka zawodników zaczyna mi uciekać. Dokręcam na maksa ale moje przełożenie 40×11 nie pozwala na szybszą jazde. Zaczynam poznawać odcinek którym jechaliśmy pod góre. Odbijamy w lewo w teren. Błoto, kamienie, ślisko, zmęczenie. Mijam jednego z ucieczki – laczek, za kilka metrów drugiego – łańcuch, trzeciego nie daje rady złapać. Wpadam na mete 32 w kategorii.
Nic nie daje takiej frajdy jak jazda po górach, tu boli, tu walczysz z samym sobą.
Jade do karetki gdzie miła pani opatruje moje rany.
Następną noc praktycznie nie przesypiam z bólu.