Fuerteventura cz.9 (epilog)
05/02/2010
Było cudnie

Było cudnie
Powrócił nareszcie internet. Troche irytujące było wypełnianie dzienniczka w recepcji bo w całym ośrodku padła radiówka. Ostatnie dwa dni to ponownie podjazdy, rozjazdy, tlen itp. Plan zrealizowany w 100% i ocena trenera jak nigdy tak wysoka
Jutro coś na luzie, niedziela mam wolne ale strzele jakąś traske w terenie. Strasznie mi brakowało normalnego jeżdżenia i te ostatnie dwa tygodnie pozwoliły mi troche odpocząć od trenażera i siłowni.
Pozostała kolarska opalenizna i spalony nos ![]()
Po powrocie morfologia, spotkanie ze sponsorami i dalsze składanie jak ktoś ładnie to ujął:
“obwieszone klejnocikami z najwyższej półki te są po to zeby wyciągnąc kase od naiwniaków i dla tych co chcą się troche polansowac na starcie” czyli mojego rowera, dla mnie czyli dla naiwniaka
W jednej chwili człowiek jest ponownie pewien swoich decyzji.
W temacie klubów, lansu, naiwniakach i klejnocikach będzie niedługo osobny wpis.
Dzień bez wiatru, zero fal, błękitne niebo krótko mówiąc upał. Kto jest normalny to idzie na basen albo plaże a ci z cyklozą wsiadają na rower i robią podjazdy w rytmie - progowe. Przez ten upał zamiast zrobić 8 podjazdów po 6 minut zrobiłem 6 po 8 minut. Kto robił coś takiego to wie jaka jest różnica, dodatkowo jeśli w trzydziestu stopniach w słońcu
Strasznie nie tęsknie za Ojczyzną. Teraz siedze na balkonie pod gwiazdami i myśle że takie życie by mi odpowiadało jak na urlopie. Pobudka około ósmej, spacer po bułeczki, śniadanko, maile, fora, rozciąganie, szykowanie bidonów, wyjazd na trening, powrót na obiad, prysznic, maile, www, basen, książka, kompensacja na rowerze, kolacja, wypełnianie dzienniczka, podsumowanie treningu, lampka wina na balkonie, ponownie maile, www, fora i spać.
Trzeba grać w Lotto i liczyć na cud

Jesteśmy 100 km od brzegów zachodniej sachary, niby daleko lecz dzisiaj odczuliśmy efekty pustynnej burzy jaka miała miejsce w afryce. Silny wiatr oraz niebo spowite kurzem który utrzymywał się przez cały dzień. Przypomina to mgłę lecz tak jak mgła osiada na odzieży i wszystkim dookoła tak w tym przypadku wszystko pokrywa kurz. Właśnie odkurzyłem laptopa zostawionego na dwie godziny na balkonie.
Wyjechałem dzisiaj na trening tlenowy - bazowy lecz po 18 kilometrach miałem dosyć. Widoczność na kilkaset metrów, w ustach czuć pył. Dodatkowo silny wiatr.
Celem miało być Pozo Negro, mała malownicza wioska rybacka. W połowie drogi odpuściłem, piasek miałem dosłownie wszędzie. Napewno jeszcze tam zajade niebawem. Patrząc na prognozę pogody w kraju raczej przestaje narzekać ![]()
Kilka zdjęć udało się zrobić:
Oto ja:

Las Salinas:

Tutaj widać jaka była widoczność:

Oaza:

I dowód na to, że byłem tam rowerem, bo są tacy którzy uważają że fotki są robione z samochodu

Dzień wolny. Regeneracja. Pogoda troche się popsuła, ale od jutra ma być lepiej. Dobrze bo jutro będzie trochę podjazdów
Fuerteventura - trzeci dzień. Poprzednie dwa to było zakwaterowanie się oraz szykowanie sprzętu do treningu plus jazda testowa.
Niedaleko hotelu jest górka o wysokości około 200 metrów npm. więc można było wykonać kilka podjazdów w rytmie - progowych. W sumie górka pokonana cztery razy. Jest OK, i gdyby nie to, że miałem podzielone na osiem podjazdów po pięć minut bez problemu za jednym razem dało się to podjechać. Procentowo było pewnie między 7 a 12 procent. To nie to co Toskania i 17 procent ale na tym etapie przygotowań do sezonu w sam raz
Temperatura ok. 24 stopnie, więc na podjazdach było HOT
Cel “wycieczki”:

W dole miejsce z którego startowałem:

Z górki widok na jutrzejszą trase:


Widok na lotnisko i stolicę:

Bezdroża wyspy:


Najświeższe komentarze